Czwartek, 23 lutego 2012 Imieniny: Romana, Roman, Damian, Polikarp, Izabela

Bydgoski system wod-kan na miarę XXI wieku

Kategoria: Wiadomości | Dodane 14.01.2012 o godzinie 21:27 przez IKE >
Tagi: Bydgoszcz, inwestycje, wodociągi

Ze Stanisławem Drzewieckim, prezesem Miejskich Wodociągów i Kanalizacji w Bydgoszczy rozmawia ike.

Najczęściej krytykowany prezes w Bydgoszczy; nie do ruszenia, niegospodarny, niepokorny etc. Jak to jest z „nie...” człowieka, który kończy jeden z największych w Polsce programów modernizacji systemu miejskiej sieci wodno-kanalizacyjnej?
- To kwestia formuły w jakiej się funkcjonuje. Mam określone zasady zawodowe i życiowe. Jestem wymagający, a to w zderzeniu z polską rzeczywistością, powoduje pewne reakcje, które kończą się przypinaniem różnych łatek.
Łatki, pojawiają się bo...
- Nie lubimy pracować w sposób systematyczny, bo nie lubimy trudnych zadań, bo nie lubimy rozliczania się z ich wykonania.
Wkalkulował Pan to w ryzyko zawodowe?
- Nie. Nie spodziewałem się, że za efekty pracy tysięcy ludzi spotkam się z tak jednostronną, negatywną i niesprawiedliwą oceną. Przystępując do zadania jakie przede mną postawiono myślałem przede wszystkim o tym, jak je zrealizować w najlepszy z możliwych sposobów. Nie patrzyłem na to, czy komuś się narażę, czy przypodobam. Negatywne oceny zaskoczyły mnie.
Są tacy, którzy twierdzą, że nic Panu zrobić nie można, bo Pański kuzyn stoi na szczytach władzy...

- Nie mam takiego kuzyna.
Żadnego bankowca?
- Nie. Nie mam takiego kuzyna! Twierdzenie, że jestem „nieusuwalny” jest wyssane z palca. Owszem, jestem zatrudniony, tak jak cały zarząd, na pięcioletnim kontrakcie. Są w nim określone warunki, których złamanie grozi poważnymi konsekwencjami. To nie był mój wymysł. Takie zasady, przed dziesięcioma laty, określił Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Warunki te później przejęli inwestorzy, czyli banki. Inwestorom zależało na tym, by zarząd mógł skutecznie realizować zlecone zadania.
Mimo to próbowano się Pana pozbyć.
- Ostatnio też. Krzyczano: „odwołać zarząd, odwołać prezesa”. Krzyczeli nawet ci, którzy wcześniej zabiegali o to, by uzyskać jakieś rozstrzygnięcie na swoją korzyść... A my pożyczyliśmy na realizację zleconych przez miasto zadań ponad pół miliarda złotych. Bez żadnych zabezpieczeń. Jedyną gwarancją były przyszłe przychody. Inwestorzy postawili więc warunek: zarząd musi mieć skuteczną zdolność corocznego przedstawiania taryfy. Takiej, która pozwoli na spłatę zobowiązań. Zbyt małe przychody oznaczałyby, że spółka nie ma zdolności spłaty zadłużenia. Inwestorzy mogliby wówczas zażądać natychmiastowego wykupu obligacji, co oznaczałoby katastrofę ekonomiczną dla spółki i miasta.
EBOR nie przesadził?
- Nie. Przez minione 10 lat przekonaliśmy się o słuszności tych warunków. Było wiele prób wymuszenia nieprawnych, nielegalnych decyzji...
Mógł Pan odejść.
- Tak, ale to byłoby najprostsze rozwiązanie - zwykłe tchórzostwo. Byłem i jestem świadomy zadania, którego się podjąłem. Nie jestem tu, bo ktoś mnie powołał, ale dlatego, że się na to zdecydowałem. I to zlecenie prawie zakończyłem. Pozostało niewiele, w tym rozliczenie projektu. Mam kontrakt do 2013 roku.
Czy miasto mogło zatrudnić Pana na innych zasadach?
- Tak, gdyby poręczyło kredyt lub wyłożyło 600 milionów. Nie byłoby problemu...
Mogłoby sobie wtedy wymieniać prezesów MWiK jak rękawiczki?
- Oczywiście, że tak! Kilka lat temu były takie pomysły i chciano wcielić je w życie. Próbowano pieniędzmi, które spółka miała pod szczególną kontrolą i mogła przeznaczyć je tylko na inwestycje, grać na giełdzie! Czy się to komuś podoba czy nie, to to co w Bydgoszczy powstało będzie służyło mieszkańcom przez trzy kolejne pokolenia. To jest mądre, dobre i porównywalne z tym co 110 lat temu zbudowano w Bydgoszczy, 125 lat temu w Warszawie, 140 we Wrocławiu.
Inni nazywają to gigantomanią.
- To, co zrealizowano w Bydgoszczy w ramach modernizacji systemu wodociągów i kanalizacji, zostało zrobione w sposób wyjątkowo profesjonalny. Ta inwestycja musiała być zaplanowana tak, by za 25 lat móc dokładać kolejne „klocki” i dalej rozbudowywać system. Lindley, który 125 lat temu budował system warszawski, został też odsądzony od czci i wiary. Okazało się jednak, że wszystkie jego wyliczenia były idealne. Ten układ działa przecież do dziś. To samo zrobiliśmy w Bydgoszczy. Zatrudniliśmy najlepszych fachowców. Projekty były wielokrotnie weryfikowane. Jeśli dziś ktoś uważa, że to jest źle, to niech to udowodni. Niech pokaże dlaczego i który element jest przewymiarowany. Niech także przedstawi alternatywne rozwiązanie. Takiego nie ma! Zatem krzyki „Drzewiecki przeinwestował!”, to jest tylko demagogia i to najgorszego autoramentu.
Czyżkówko za duże, za drogie...
- Podstawą tej inwestycji był bilans zapotrzebowania miasta na wodę w perspektywie 20-25 i 40-50 lat. Na tej postawie przyjęliśmy wydajność. Uwzględniliśmy również stan zastany i wykorzystaliśmy maksymalnie istniejące obiekty. Dzięki stacji na Czyżkówku Bydgoszcz, po raz pierwszy, oprócz wydajności uzyskała gwarantowaną jakość wody i jej nieprzerwaną dostawę. Zastosowana przez nas technologia jest unikalna, a sama stacja stała się najważniejszym projektem, który zrealizowaliśmy. To nie była prosta budowa. Wykonał ją dopiero trzeci wykonawca.
Przepłacił Pan 100 milionów złotych?
- Nie. Tyle te roboty kosztowały, bo tyle musiały kosztować. Wszyscy wykonawcy zostali wyłonieni w przetargach. Poza tym, to nie ja sobie wyliczyłem ile inwestycja powinna kosztować. Kosztorysy przygotowuje się w oparciu o rozporządzenie ministra, na postawie wcześniejszych, podobnych realizacji, czyli w oparciu o historyczne dane publikowane w katalogach. Nie ma w nich przypadku „ujęcie infiltracyjne”, bo takiego jeszcze w Polsce nie budowano. Oszacowanie kosztów przed opracowaniem dokumentacji tak nietypowej inwestycji było bardzo trudne. Ogłosiliśmy przetarg. Wpłynęły oferty. Pytanie; ile kosztować miało Czyżkówko? Tyle ile wykonawca zaproponował. Teza „miało być tyle ile szacowano” jest absurdem.
Wygrało konsorcjum Górnośląskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów. Zerwał Pan z nim umowę.
- Podpisaliśmy kontrakt z GPW na 86 milionów złotych. Okazało się jednak, że za te pieniądze, tego kontraktu GPW nie zrealizuje. Firma ta, nie mając nawet dokumentacji projektowej, chciała dodatkowych 11 milionów złotych. To było żądanie bezprawne. Gdybym je spełnił, poszedłbym do więzienia... Spór między nami rozstrzygnie sąd. Nawet jeśli przegramy, nic nie stracimy. GPW chce zwrotu gwarancji 20 milionów i zapłaty za wykonane roboty, których nie rozliczono do dnia rozwiązania kontraktu. W najgorszym wypadku oddamy im ich pieniądze.
GPW, które chciało od Pana 11 milionów złotych. Nie zapłacił Pan, więc teraz sąd zastanawia się nad tym, czy postąpił Pan zgodnie z prawem. Ale, zupełnie inny sąd, natychmiast, rozstrzygnął spór z Niemcami na Pana niekorzyść.
- Zaskarżyliśmy tę decyzję. To była rzecz niebywała, która wprawiła w osłupienie wszystkich. Rozstrzygnięcie zapadło przed sądem arbitrażowym z jawnym pogwałceniem elementarnych zasad. Komisja odmówiła nam prawa do przedstawienia dowodów w tej sprawie.
Media mówiły o milionach złotych, które „Wodociągi” mają zapłać niemieckiej spółce.
- Nie wiem na jakiej podstawie to zostało skalkulowane. Podniesiono wartość do kwadratu lub sześcianu? Chodzi o 400 tysięcy euro za wykonane roboty plus odsetki. Jeśli przegramy, oddamy im ich pieniądze, za roboty, które wykonali.
Zarzuca się Panu „ustawianie” przetargów. W ubiegłym roku powiązano „Wodociągi” nawet z budową spalarni, bo tam pojawia się spółka, która współpracowała z MWiK.
- Jeśli ktoś ocenia innych po sobie, to ma problem. Medyczny. Raz jeszcze oświadczam; wszystkie nasze przetargi były weryfikowane przez wiele instytucji. Nigdy i nigdzie nie wskazano żadnych uchybień.
Prowadzi Pan spółkę, którą kontrolują chyba wszystkie możliwe służby; CBA, NIK, UKS, prokuratura, inspekcja pracy... CBA, ponoć, Pan wypędził co udało się dzięki pańskim międzynarodowym kontaktom.
- Jesteśmy kontrolowani non stop i się tych kontroli nie boimy. Dla kogoś, kto sprawy prowadzi rzetelnie, zgodnie z prawem i zasadami, żadna kontrola nie jest groźna, wręcz przeciwnie czasem pomaga. Jest to zatem jeden z elementów realizacji naszego programu. Ja nikogo nie przepędziłem. Nie mam takiej mocy, ale też nie dziwię się takiemu stawianiu sprawy.
Nie?
- Nie. Powiedziałem to już raz podczas telewizyjnego programu. W studio był ze mną jeden z bydgoskich radnych, który bardzo krytykuje to, co robimy. Kiedyś padła propozycja nie do odrzucenia: „Panie prezesie, jednej z firm pan daruje te odsetki za nieterminową budowę. Po co ich krzywdzić”. Półtora miliona euro! Powiedziałem nie i dostało mi się później. W studio przypomniałem panu radnemu tę sytuację.
Czy przed unijną komisją będzie Pan odpowiadał imiennie?
- Tak. To moje prawo i przywilej. Trwam do końca, odpowiadam. Mam odpowiedzialność podwójną; jako prezes zarządu oraz jako osoba, która pełni funkcję publiczną i jest odpowiedzialna za wydawanie środków publicznych. Zatem ponoszę konsekwencje osobiście i ryzykuję wszystkim, do ostatniej koszuli. Dlatego mówiłem „nie” i lałem po łapach tych, którzy próbowali chachmęcić. Przypadek jednego z dużych miast, które musi zwracać unijne pieniądze pokazuje dramatycznie co się dzieje, kiedy są nieprawidłowości w przetargach.
Spółka bogata, chętnych na „kawałek tortu” wielu...
- Mieszkańcy Bydgoszczy, nie ja, otrzymali z Unii pół miliarda złotych. Te pieniądze przechodzą przez budżet państwa i budżet państwa gwarantuje je przed Komisją Europejską. Dlatego państwo polskie zadbało o to, by wszystko było pod kontrolą. Ja, po prostu, tylko pilnuję należycie interesu mieszkańców.
Wracając do kontroli. Inspektorzy pracy i prokuratorzy sprawdzali czy stosuje Pan mobbing, czy inwigiluje oraz dyskryminuje Pan członków związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.
- Kontrolę inspekcji pracy wszczęto na skutek doniesienia NSZZ "Solidarność". Związkowcy donieśli też do prokuratury, że ich działaczka była śledzona. Od początku byłem spokojny o wynik tych postępowań. Była to tylko kontrola czasu pracy, wynikająca z przekonania, że pani przewodnicząca Ewa Kozanecka nadużywa praw przysługujących jej z tytułu działalności związkowej. Po tym, co dziś w tej sprawie wiem, mógłbym zaryzykować tezę, że mieliśmy, jako "Wodociągi", paść ofiarą prowokacji. Na szczęście prokurator wypowiedział się w tej sprawie jasno i jednoznacznie : - zlecenia na śledzenie pani przewodniczącej nie było! I w tym zakresie umorzył postępowanie. Niestety, w mediach mało kto zechciał ten fakt odnotować. Rozumiem. Wrzawa lepiej się sprzedaje...
Wrzawę wywołały też wieści o stosowanej w MWiK koreańskiej technologii...
- Nie wybrałem sobie jej. Zrobiło to konsorcjum, które wygrało przetarg na budowę instalacji do termicznego przekształcania osadów ściekowych. To, że osady ściekowe z powiatu bydgoskiego mają być tą drogą utylizowane zdecydowało miasto w 2001 roku. Dlatego taka instalacja została zbudowana i uruchomiona w oczyszczalni Fordon. Tylko termiczne przekształcanie może spełnić ostre normy unijne. Bydgoszcz może być spokojna - miastu kary nie grożą. Uzyskaliśmy pełną zgodność z unijnymi normami.
Ile miast ma taki system?
- Tak kompleksowo zmodernizowany system istnieje tylko w Bydgoszczy. Szkoda, że nie potrafimy cieszyć się z tego co posiadamy. Zrobiliśmy naprawdę bardzo dużo; mamy nowoczesny system wodociągowy, doskonałą jakość wody, niezawodny system zaopatrzenia w wodę, oczyszczamy ścieki, prawie wszędzie jest kanalizacja. Niestety, przez kilku panów, wszyscy bydgoszczanie są niezadowoleni. Uważają, że jest źle, że wszystko jest przewymiarowane i niepotrzebne. Takim idiotycznym działaniem zniszczono to, co jest wartościowe. Dziś już najważniejsze inwestycje skończyliśmy. Ceny nie są aż tak wysokie, gdyby nie podatek od nieruchomości, który musimy płacić, byłyby niższe.
Jakie więc ceny, jeśli podatek ten zostanie utrzymany, będą obowiązywać w następnych latach?
- Za dwa lata będzie możliwy wykup części obligacji. Wtedy będziemy mogli jeszcze bardziej obniżyć ceny, niż zrobiliśmy to teraz. 

 

Komentarze (0) | Dodaj komentarz

Wyślij komentarz: